Parafia rzymskokatolicka w Tarnowie – kościół na Terlikówce
Grudzień 2019
P W Ś C P S N
« Lis    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Kościół na Terlikówce


Wnętrze kościoła


Projekt nowego kościoła

Wspomnienie o księdzu Wojciechu Kani cd..

„Currenda” 2001/1, s. 83-91

Ks. Antoni Żurek

Śp. ks. prof. Wojciech Kania (18.04.1911 – 4.12.2000)

Rankiem czwartego grudnia 2000 roku, w dzień św. Barbary – patronki umierających, w domu Księży Emerytów przy ul. Pszennej w Tarnowie, zmarł jeden z najbardziej znanych w ostatnich dziesięcioleciach księży diecezji tarnowskiej, ks. prof. dr hab. Wojciech Kania[1]. Żył prawie dziewięćdziesiąt lat: do końca pozostając aktywny i sprawny. W domu Księży Emerytów spędził tylko kilka tygodni, po pobycie w szpitalu, do którego trafił w połowie września.

Jeszcze za życia ks. prof. dr hab. Wojciecha Kani ukazały się jego biografie i informacje o jego osiągnięciach, więc wielu oczywistych spraw nie ma potrzeby powtarzać[2]. To wspomnienie niech zostanie potraktowane jako częściowe uzupełnienie tamtych[3].

1. Curriculum vitae

Urodził się 18 kwietnia 1911 r. jako pierwszy i jedyny syn Wojciecha i Anny (z d. Kania)[4], w małej, „liczącej kilkanaście domów wsi Grądy k. Szczepanowa”[5]. Był synem chłopskim z pochodzenia i taka też w nim była natura. Na zawsze pozostały w nim najbardziej charakterystyczne cechy chłopskiej natury: upór, pracowitość, przemyślność, odporność na niewy­gody, chłopska rezolutność i „chłopski rozum”. Z domu rodzinnego wszędzie było daleko: do szkoły (w Mokrzysce i Brzesku), do kościoła. Do rodzinnej parafii (Jasienia) było dalej niż do odległego o prawie 6 km Szczepanowa, gdzie jako chłopak chętniej chodził w niedzielę. Od małości przywykł do niewygód i ciężkiej pracy w gospodarstwie rodziców. W dodatku, lata dzieciństwa przypadły na okres pierwszej wojny światowej. Doświadczył jej boleśnie, bo na kilka lat „stracił” ojca. Rozłąka była na tyle długa, że wracającego z wojny ojca kilkuletni syn nie poznał.

Do końca swego życia wspominał pasienie krów, podczas którego nie tylko „odrabiał” zadania domowe, ale też jako samouk zdobywał nowe kwalifikacje: nauczył się gry na skrzypcach i poznał podstawy języka greckiego. Grą na skrzypcach dorabiał później jako gimnazjalista w kapeli, przygrywającej na wiejskich weselach i potańcówkach. Potem umiejętność tę wykorzystywał grając w orkiestrze seminaryjnej, a następnie w pracy duszpasterskiej. Nabyta przy pasieniu krów znajomość języka greckiego umożliwiła mu karierę naukową.

Pragnienie zostania księdzem zrodziło się wcześnie, „a pierwsza myśl o kapłaństwie przyszła mu u figury” NMP, która była nieopodal rodzinnego domu[6]. Jedną z pierwszych osób, która w dorastającym Wojciechu dostrzegła rodzące się powołanie i pomogła mu je rozwinąć, był katecheta w brzeskim gimnazjum, ks. Jakub Opoka. To on podsunął Wojtkowi najpierw myśl o Małym Seminarium w Tarnowie, a potem pomógł mu się tam dostać. Siedemnastoletni Wojciech zamieszkał w gmachu Małego Seminarium przy ul. Mościckiego, a naukę – po nadrobieniu zaległości z języków klasycznych – kontynuował w neoklasycznym (a więc z dużą porcją łaciny i greki) gimnazjum im. hetmana Jana Tarnowskiego. Jednym z jego nauczycieli i wychowawców w Małym Seminarium był późniejszy błogosławiony, ks. Roman Sitko.

Wojciech gładko zdał maturę w 1931 roku i zgłosił się do Wyższego Seminarium Duchownego. Nie został jednak przyjęty: lekarz badający kandydatów stwierdził u niego gruźlicę. Wrócił do rodzinnej wioski, gdzie przy pomocy także księdza Proboszcza w Jasieniu, domowymi sposobami starał się odzyskać zdrowie. Po roku ponowił próbę. Opinia lekarska i tym razem była negatywna, ale dzięki osobistej decyzji ówczesnego Ordyna­riusza, ks. abpa L. Wałęgi, został do Wyższego Seminarium przyjęty[7]. Seminarium ukończył już bez większych problemów i 20 czerwca 1937 roku otrzymał święcenia kapłańskie.

Pierwszą parafią nowo wyświęconego ks. Wojciecha Kani było Łącko. W 1941 roku został przeniesiony do Mystkowa, gdzie był wikariuszem do 1946 roku. Z Mystkowa został przeniesiony (1946 r.) do Wojnicza, a stamtąd zaledwie po kilku miesiącach do Tamowa. W Tarnowie pełnił różne funkcje duszpasterskie i administracyjne. Był: katechetą w tarnowskich szkołach (m.in. Gimnazjum krawieckie i Technikum Mechaniczne), Dyrektorem Diecezjalnym Krucjaty Eucharystycznej (od 1947), członkiem Diecezjalnej Rady Duszpasterskiej (1948), notariuszem w Sądzie Diecezjalnym (w latach 1952-1959). Najważniejszą była jednak praca wykładowcy w Seminarium Duchownym (w latach 1951-1988), oraz duszpasterstwo w kościele na Terlikówce. W Wyższym Seminarium Duchownym był wykładowcą patrologii (1951-1988), j. greckiego (1951-1988), j. łacińskiego (1956-1966), j. niemieckiego (1956-1967). Od początku lat pięćdziesiątych związał się z kościołem na Terlikówce, gdzie najpierw jako wikariusz katedralny, potem wikariusz eksponowany a wreszcie rektor, prowadził i rozwijał duszpasterstwo. Temu kościółkowi i tamtejszej wspólnocie pozostał wierny także wtedy, gdy w 1994 roku utworzono tam parafię i mianowany został nowy proboszcz.

W 1941 roku ks. Wojciech Kania rozpoczął dalsze studia teologiczne, dojeżdżając przez kilka lat z Mystkowa do Warszawy na tajne komplety. Na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Warszawskiego zrobił magisterium, a 14 czerwca 1946 roku obronił doktorat. W Warszawie, ale już na ATK, odbyło się 19 stycznia 1976 roku jego kolokwium habilitacyjne. W „międzyczasie” uzupełnił swoje studia nad j. syryjskim, uwieńczone egzaminem na KUL-u w 1965 roku.

Gwoli kronikarskiej ścisłości należy też wspomnieć kościelne „godności” ks. Wojciecha Kani. Z danych kurialnych wynika, że EC otrzymał 29.10.1956[8], kapelanem Ojca Świętego został mianowany 10.10.1974 r., a prałatem honorowym 24.10.1996 roku.

2. Duszpasterz na Terlkówce

„Chciałem służyć Bogu i ludziom” – napisał ks. Wojciech Kania w swoim testamencie. To swoje pragnienie realizował przede wszystkim przez swoją duszpasterską posługę wikariusza, katechety i rektora kościoła na Terlikówce. W tej ostatniej roli mógł w pełni zaspokoić swe duszpasterskie pragnienia. Uwolniony w dużej mierze od administracji (kancelarię prowadziła parafia katedralna), mógł poświęcić się katechizowaniu, głoszeniu kazań, udzielaniu sakramentów, celebrowaniu nabożeństw. Czynił to z zapałem, który nawet zaniepokoił ks. Proboszcza parafii katedralnej, do której należała Terlikówka. Ks. Wojciech Kania z rozbawieniem powtarzał zdanie ks. infułata Jana Bochenka, który martwił się o to, kto mógłby zastąpić „Wojtka” w razie jego śmierci.

W swej posłudze był bardzo przekonany do tradycyjnych form duszpasterzowania i wszelkie zmiany – choćby te wprowadzone przez Sobór Watykański II – przyjmował w duchu posłuszeństwa, w zgodzie co do litery, choć nie oznaczało to wcale, że zawsze był do nich przekonany. Miał też swoje niekonwencjonalne formy. Jedną z nich była całoroczna kolęda. Zamiast powszechnie przyjętego zwyczaju chodzenia z wizytą duszpasterską w okresie Bożego Narodzenia, ks. Wojciech Kania wizytował swoich parafian przez większą część roku.

W kościółku na Terlikówce ks. Wojciech Kania był też odpowiedzialnym gospodarzem. Za jego staraniem, wprawdzie powoli, kościółek na Terlikówce był odnawiany, upiększany i systematycznie ubogacany. Jak sam wspomina: „do faktycznego odnowienia kościółka zabraliśmy się z okazji Tysiąclecia Chrztu Polski”[9]. Wtedy też do kościółka zostały sprowadzone relikwie św. Wojciecha. W latach siedemdziesiątych w kościółku zaczęła powstawać jedyna w Polsce galeria obrazów przedstawiających Ojców Kościoła oraz niektórych świętych polskich. Najpierw pojawił się obraz św. Efrema a potem kolejne obrazy: św. Jana Chryzostoma, bł. Marii Teresy Ledóchowskiej, św. Bazylego Wielkiego, św. Stanisława, św. Cyryla Aleksandryjskiego, św. Augustyna, św. Benedykta, św. Jadwigi, św. Kazimierza, bł. Karoliny, św. Cyryla Jerozolimskiego, św. Grzegorza z Nyssy. Okazją do ich zawieszania były przypadające rocznice i beatyfikacje a bardziej jeszcze upodobania Gospodarza i Pomysłodawcy tej jedynej w swoim rodzaju galerii w Polsce, a może nawet na świecie[10]. Cieszył się, że „ściany kościółka stały się dla wiernych swoistego rodzaju patrologią pauperum”[11].

Ks. Wojciech Kania żywił ogromne przekonanie do słowa pisanego i o jego skuteczności także w pracy duszpasterskiej. Dowodem na to są jego publikacje – mniejsze i większe – związane z każdym etapem jego działalności. Jako profesor w Seminarium pisał podręczniki i skrypty (do łaciny i patrologii); pełnienie funkcji dyrektora diecezjalnego (1947 r.) Krucjaty Eucharystycznej Dzieci rozpoczął od napisania podręcznika programowego; pracując jako katecheta napisał katechizm, a dla swoich parafian przygotowywał i wydawał małe teksty w serii „Prawdy wiary”, „Głos tradycji”[12].

3. Patrolog

Jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu ks. Wojciecha Kani było spotkanie z ks. Janem Czujem, profesorem patrologii na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Warszawskiego, na początku wojny, w Łącku. Za jego namową ks. Wojciech Kania rozpoczął studia patrystyczne; pod jego kierunkiem pisał pracę magisterską, a potem rozprawę doktorską. Wszedł w świat Ojców Kościoła, w którym się poczuł bardzo dobrze. Zauroczony tekstami wczesnochrześcijańskimi przybliżał je współczesnemu pokoleniu poprzez tłumaczenia i refleksję nad nimi. Pierwsze fascynacje tekstami św. Jana Chryzostoma zaowocowały publikacjami w 1947 roku[13]. Od tej chwili w różnych czasopismach teologicznych i duszpasterskich, przez pięćdziesiąt lat tłumaczenia i publikacje patrystyczne autorstwa ks. Wojciecha Kani pojawiały się już systematycznie i często.

Dysponując bardzo małymi możliwościami warsztatowymi – o przyzwoitej bibliotece mógł tylko pomarzyć – z benedyktyńską cierpliwością tłumaczył teksty Ojców i upychał je po wszystkich możliwych wydaw­nictwach. Dziś jego tłumaczenia stanowią znaczącą część wszystkich liczących się polskich serii patrystycznych. Można być pewnym, że wiele z nich pozostanie na długie lata jedynymi. Tłumaczył z greki, łaciny i z j. syryjskiego. Szczególne zasługi ma w przybliżeniu polskim czytelnikom Ojców syryjskich. Był jednym z bardzo nielicznych Polaków, znających język syryjski. Tłumaczenie tekstów syryjskich sprawiało mu wielką satysfakcję. Być może wynikało to także z tego, że Ojcowie syryjscy nie przywiązywali tak wielkiej wagi do precyzyjnego używania teologicznych określeń, definicji, terminów. Ks. prof. Wojciech Kania też wolał język obrazowy.

Wytrwale przygotowywał coraz to nowe teksty, cierpliwie przepisując ręcznie tysiące stron tłumaczeń (do końca nie używał maszyny do pisania, nie mówiąc już o komputerze). Publikował je potem w coraz to nowy sposób. Oryginalnym w tej dziedzinie pomysłem ks. prof. Wojciecha Kani były jego serie patrystyczne. Za własne pieniądze i pokonując istniejące w czasach komunizmu bariery biurokratyczne, zaczął wydawać w formie małych zeszycików pojedyncze teksty patrystyczne oraz krótkie biografie Ojców Kościoła (Głos tradycji).

Swoją znajomością Ojców Kościoła dzielił się ze studentami Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie. Od samego początku wykłady i seminarium ks. Wojciecha Kani cieszyły się dużą popularnością wśród kleryków. Decydowała o tym przede wszystkim osobowość wykładowcy i sposób prowadzenia przez niego zajęć. Słuchacze zapamiętywali go jako pogodnego i bezpretensjonalnego profesora, z charakterystycznymi nawykami i oryginalnym sposobem narracji. Do legendy przeszło zdanie „Na gruzach starożytnego Rzymu…”, którym rozpoczynał pierwszy wykład a potem skrypt do patrologii. Prosty styl wykładów, przystępna prezentacja sylwetek i myśli Ojców Kościoła, oryginalny sposób egzekwowania wiadomości na egzaminach, czyniły patrologię przedmiotem ciekawym a jej studiowanie jednym z mniej stresujących zajęć studenckich. Niewyszukana metodyka, jaką stosował przy pisaniu prac seminaryjnych i dyplomowych, nie komplikowała studentom życia a wręcz zachęcała do wybrania seminarium z tego przedmiotu. Wystarczy przypomnieć, że pod jego kierunkiem powstało blisko siedemdziesiąt prac dyplomowych magisterskich.

4. „Sługa…”

W gronie księży, z którymi najczęściej przebywał, ks. Wojciech Kania witał się charakterystycznym zwrotem: „Sługa”. Jednych to denerwowało, innych bawiło, a nikt – pewnie łącznie z autorem tego zwrotu – nie wiedział dokładnie, co to pozdrowienie oznaczało. Była w nim na pewno niekonwencjonalność a jednocześnie bezpretensjonalność, tak charakterys­tyczna dla ks. Prałata. Takim był na co dzień.

Przez długie lata przemierzał co dzień, a czasem nawet kilka razy dziennie, dwie drogi. Pierwsza to była z centrum Tamowa na Terlikówkę[14]. Chodził pieszo, bo to lubił, i z konieczności. Sam przecież nie posiadał samochodu, a na usługę innych nie zawsze mógł liczyć.

W latach dziewięćdziesiątych przechodząc obok długiego szeregu taksówek stojących na postoju, z uśmiechem przypominał, że w czasach socjalizmu taksówkarze odwracali od niego głowy, bo się im kurs na Terlikówkę nie opłacał. Więc nawet kiedy mu spieszno było, albo pogoda fatalna, trzeba było iść. Druga droga, którą przemierzał, prowadziła do Seminarium. Chodził tam na wykłady, do biblioteki i na posiłki. Była w tym konieczność ale też satysfakcja. Lubił atmosferę Seminarium, cenił sobie możliwość prowadzenia zajęć na tym, jak powiadał, „Katolickim Uniwer­sytecie w Tarnowie”. Regularność tych codziennych spacerów „doceniali” i wykorzystywali, zwłaszcza w ostatnich latach jego życia, tarnowscy żebracy. Niektórzy z nich systematycznie ustawiali się w stałych punktach jego trasy i otrzymywało datki: nawet wtedy, gdy ks. Prałat wiedział, że go naciągają. Obok wyciągniętej ręki żebraka nie umiał przejść obojętnie.

Pewna doza naiwności, lub – jak kto woli – coś z ducha „Bożego prostaczka”, były dla niego czymś charakterystycznym. Nie komplikował sobie życia wyrafinowanymi rozważaniami i dystynkcjami, obce mu były zawiłe dylematy. Tak w debatach naukowych jak też w dyskusjach towarzyskich sprowadzał problemy do spraw oczywistych. W ten sam sposób ratował się w sytuacjach, które mogły go przerosnąć. Z ubawieniem i satysfakcją opowiadał w jaki sposób uwolnił się od przygadywań, a może nacisków, zmierzających do zmobilizowania go do podjęcia starań związanych z budową kościoła na Terlikówce. By te głosy uciszyć, posłużył się charakterystyczną dla siebie metodą. Któregoś roku, podczas wielka­nocnego obiadu dla „familii papieskiej” głośno pochwalił się, że ogłosił w kościele rozpoczęcie budowy kościoła. Wszyscy, a przede wszystkim ówczesny ordynariusz ks. bp J. Ablewicz, na chwilę zamilkli: sprawa nie była ani uzgodniona, ani przygotowana, nie mówiąc już o wątpliwych predyspozycjach ks. Prałata do prowadzenia tego dzieła. Nie wiedziano: żartuje czy mówi poważnie. Tematu nie podjęto, a potem już nikt nie próbował nawet w żartach przypominać o nowym kościele.

Z tą pozornie małą przebojowością kontrastowała nad podziw duża operatywność w tym, co ks. Profesorowi najbardziej leżało na sercu. W czasach, gdy wydrukowanie świstka papieru wymagało nadzwyczajnych starań i umiejętności, w Tarnowie ks. Wojciech Kania wydawał swoje broszurki we wspomnianych już seriach i poza tymi seriami. Jednym słowem działało wydawnictwo „Ichthys”, o którym pewnie nawet agenci słynnego IV Wydziału nie wiedzieli[15]. Przybierając pozę naiwnego prostaczka chodził od drzwi do drzwi, od osoby do osoby i załatwiał sprawy, na których mu zależało. Nie zauważał uśmiechów politowania ani gestów zniecierpliwienia, wytrwale dopinał celu, który sobie postawił. Trudno mu było odmówić.

Jeśli do tego dodać, że z natury był pogodnie nastawiony do rzeczywis­tości i mało oczekiwał od życia, to można zrozumieć, dlaczego żył w sposób bezkonfliktowy i jak się wydaje, bez stresów. Umiał się zadawalać małymi rzeczami, co nie oznacza, że nie umiał docenić wielkich. Szczerze dziękował zarówno za „luksusowe” mieszkanie z bieżącą wodą, jak też za pokój z łazienką (choć z widokiem na mur budynku odległego o kilka metrów); za „dobre jadło” w Seminarium i za nominację profesorską, itd. Przełożeni mieli w nim podwładnego: lojalnego, sumiennego i dobrze o nich się wyrażającego. Zresztą, o ludziach zawsze dobrze się wyrażał, co nie oznacza wcale, że nie dostrzegał wyrządzanych mu przykrości czy złośliwości. Te pamiętał, a pamięć miał dobrą, ale opowiadał o nich w kategorii dykteryjek: przecież to wszystko dobrze się kończyło.

Do ostatka pracował nad tłumaczeniami, planował następne, ale sił ubywało. Mimo ślęczenia nad tekstami wzrok miał wyśmienity. Ze słuchem było nieco gorzej, choć nie chciał się do tego przyznać. Od dawna żył „na spakowanych walizkach”, nie przejmując się gdzie i kto urządzi mu „skromny pogrzeb”[16]. Majątku, jak sam napisał, „nie pozostawił żadnego”. Natomiast dorobek jego życia uwieczniają pozostałe po nim przetłumaczone teksty Ojców Kościoła. Dzięki tym tłumaczeniom nazwisko ks. Wojciecha Kani będzie jeszcze przez długie lata w Polsce znane, a pokolenia Polaków będą poznawały myśl Ojców. On odszedł poznawać ich osobiście. Ciekawe, czy przypominają tych przedstawionych na obrazach w kościółku na Terlikówce?